Najlepsza książka o sporcie?

Odkąd pamiętam, sport i związany z nim wysiłek fizyczny był dla mnie czymś naturalnym. Jak większość dzieci w latach 80-tych XX wieku, uganiałem się za piłką na szkolnym boisku, jeździłem z kolegami na rowerze po górskich szczytach, pływałem w lodowato zimnej rzece.  A w wieku lat jedenastu, trochę przypadkiem, trafiłem do prawdziwego klubu sportowego i zacząłem przygodę z tenisem ziemnym, która trwa do dzisiaj. W ciągu ośmiu lat, w latach 1982-1990, nauczyłem się grać na tyle dobrze, że reprezentowałem Polskę w turniejach zagranicznych jako członek kadry narodowej, a nawet zdobyłem medal na Mistrzostwach Polski. Zrezygnowałem z zawodowego tenisa już w wieku lat osiemnastu, o czym pisałem już wcześniej, częściowo z braku perspektyw stricte organizacyjnych (brak pieniędzy na turnieje zagraniczne, upadek mojego klubu, brak profesjonalnej kadry trenerskiej), częściowo z powodu gwałtownej transformacji społecznej w roku 1990, częściowo z powodu znużenia środowiskiem tenisowym. 

Tym, co jednak tkwi we mnie nadal, jest miłość do tenisa i niesłabnące zainteresowanie procesem zdobywania nowych umiejętności, a także wznoszeniem ich na wyższy poziom. Co więcej, lubię śledzić zmagania w wielu dyscyplinach sportowych, choć osobiście preferuję głównie tenis. W tym miejscu zaczynają się pojawiać zbieżności z autorem książki, o której napiszę zaraz parę ciepłych słów. Ilija Trojanow, niemieckojęzyczny pisarz o bułgarskich korzeniach, napisał fascynującą książkę o sporcie, “Moja Olimpiada”. Kto wie, może jedną z najlepszych książek o sporcie w ogóle. 


Pomysł na książkę znakomity i unikalny na skalę światową. Mianowicie, Trojanow postanowił spróbować swych sił w osiemdziesięciu (!) konkurencjach olimpijskich, poświęcając na treningi aż cztery lata. Dodajmy, jako zupełny amator i jako osoba dosyć daleka od zdrowego trybu życia. Celem była z jednej strony realizacja skrytych marzeń z punktu widzenia widza wielkich wydarzeń sportowych. Z drugiej, chęć włożenia maksymalnego wysiłku w trening i osiągnięcia w poszczególnych dyscyplinach, o ile to było teoretycznie wykonalne, wyników, które stanowiły co najmniej połowę najlepszych rezultatów uzyskiwanych przez mistrzów olimpijskich.  Trojanow pisze tak:

“To, co widziałem na ekranie, albo wydawało się zbyt proste, albo zbyt trudne. Ruchy sportowców miały w sobie oczywistą elegancję, ale jednocześnie sprawiały wrażenie ogromnie skomplikowanych. Nie byłem w stanie oszacować, co naprawdę oznaczają osiągane wyniki, wszystkie liczby (a tych nie brakowało) były abstrakcyjne.”

Myślę, że każdy amator sportu myśli w podobny sposób. Ciekawość, podziw, może nawet zazdrość. Ale żeby poznać smak danej dyscypliny, trzeba by się jej niemal całkowicie oddać, a na to mają odwagę tylko nieliczni. Tak jak autor wspomnianej książki. Trojanow pisze dalej, że:

“W miarę zdobywania kolejnych informacji wzrastał mój podziw dla indywidualnych osiągnięć. Jednocześnie w tym samym stopniu rosła moja niechęć do sportu wyczynowego. Nie chodziło jedynie o komercjalizację, oszustwa i korupcję, ale również o to, że ekonomizacja sportu odarła go z całej poezji.”

To prawda. Zachwycamy się rekordami świata, kibicujemy naszym ulubionym drużynom i zawodnikom, a zarazem zapominamy, że sport w wydaniu wyczynowym wymaga wręcz nadludzkiego wysiłku i poświęcenia, co prostą drogą prowadzi do nadużyć i wypaczenia idei sportu jako zdrowej rywalizacji.

“Skąd się bierze ten kult zwycięstwa? – pyta Trojanow. “Skąd się bierze obsesja liczby odniesionych triumfów? Co sprawia, że dla sportowca kwestia, czy zdobył sześć czy siedem medali ma charakter egzystencjalny? Jakie ma znaczenie, czy jakiś dalekowschodni kraj zdobył jedenaście zamiast, jak poprzednio, dziewięciu medali”?

W tym miejscu przypominają mi się słowa Pete’a Samprasa, który w autobiografii “Umysł mistrza” opowiada o tym, że mimo zdobycia wszelkich możliwych tytułów, kontynuował karierę tylko po to, aby pobić rekord w liczbie lat jako numer 1 na końcu sezonu. Gdy tylko to osiągnął, stracił motywację do grania na najwyższym poziomie i zakończył wkrótce karierę. Notabene, w bieżącym roku jego rekord wyrównał Novak Djokovic, kończąc sezon jako nr 1 już po raz szósty. Sampras także był sześciokrotnie numerem jeden, ale dokonał tego w wyjątkowy sposób – sześć razy w ciągu sześciu lat (1993-1998).

Trzeba też przyznać, że tego rodzaju pytania odsłaniają cały absurd medialnych uniesień nad sukcesami słynnych sportowców. Nie umniejszajmy ich osiągnięć, ale nie kreujmy z nich bohaterów, chciałoby się powiedzieć. Niestety, tak właśnie się zachowujemy. A Trojanow drąży temat dalej, zadając kolejne pytania:

“Czy można nazwać bohaterstwem to, że sportowcy poświęcają dziesięć lat życia, by poprawić swój wynik o dziesięć sekund? Duchowe korzyści płynące ze sportu, mierzone nie w minutach czy metrach, ale w doświadczeniu i poznaniu, popadają za to w zapomnienie”.

Ależ to jest dobrze napisane! Autor zaczyna swą opowieść od perypetii związanych z treningiem pływackim, najpierw na basenie, potem na akwenie otwartym. A w dalszych rozdziałach przeczytamy o jego zaangażowaniu w takie dyscypliny jak kajakarstwo górskie i klasyczne, wioślarstwo, żeglarstwo, windsurfing, tenis stołowy i ziemny, badminton, łucznictwo, strzelanie do rzutków, boks, szermierka, zapasy, dżudo, taekwondo, kolarstwo, jazda konna, podnoszenie ciężarów, gimnastyka, skoki do wody, wielobój, dziesięciobój i maraton. Zachęcam do lektury.

Ilija Trojanow, Moja olimpiada, 1 amator, 4 lata, 80 konkurencji, Wyd. Sonia Draga, 2016

Wojciech Głąbiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *